VW Golf – rajdowóz, czy szpachlowóz

Dzień drugi i trzeci zapoznawania się z MeinRoterGolf’em to istny obłęd. Totalne rozdwojenie jaźni. Golf sprawia dobre wrażenie na mnie i kompanie S. (*użyte nazwiska, a właściwie litery nazwisk zostały zmienione, uwaga! Ewentualne podobieństwo nazwisk, postaci i przedstawionych wydarzeń ma charakter przypadkowy). Mój kompan S. twierdzi, że z mojego czerwonego Golfa będzie niezły rajdowóz. Gaz wypieprzyć. Właściwie, jak już gazu mam się pozbyć, to do kompletu silnika też. Co to jest jeden-sześć na takiego czerwonego Golfa. Jaki to stosunek mocy do masy? Liczenie tego zaawansowanego współczynnika byłoby żenadą. Dwa-zero. To brzmi dumnie. Do tego cztery gwinty i mogę objeżdżać wszystkie winkle.
Kompan O. spojrzał półokiem na roterwagena. To przecież sama szpachla – otrzymuję komunikat z bazy. Wiedziałem, że auto jest bite, ale żeby od razu szpachlowóz… A jednak. Magnetyczny miernik lakieru nie pozostawił złudzeń.
Szwab, jak to szwab. Palcem wytykać wad sobie nie da. Do operacji plastycznych się nie przyzna. Nawet gdy penetracyjne badanie wykazuje sporo szpachlowego naddatku na tyłku. Zjadł więc cały prąd i ruszyć się spod garażu nie chciał.
MeinRoterGolf pokazał teraz tyłek na dobre. Nie chciał zapalić na kable, mimo że spiąłem go z młodszą o pięć lat, gorącą Ibizą. Broni staruch świętego miejsca pod garażem, jak zasłużony obrońca Krakowskiego Przedmieścia. Wypychamy go więc z kompanem B. na drogę.
Z pomocą przychodzi szalony Mercedes. Roterwagen idzie na hol. Samochód na lince odpala się na biegu? Skąd mogłem wiedzieć. W szkole tego nie uczą. Tak, czy owak nawet na biegu nie chciał ruszyć.
Stoi teraz spokojnie na parkingu, a talerz z prądem poszedł się napełniać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.