Jazda testowa: Ford B-Max – dla rodziców z małymi dziećmi

Miejskie samochody stają się coraz większe i zamiast pomagać w szukaniu miejsca na parkingu, zapewniają nam z roku na rok coraz więcej miejsca w środku. Rozwiązaniem użytecznym byłyby z pewnością przesuwne drzwi, jednak, gdy Peugeot wprowadził taki pojazd, okazało się, że pomysł jest nie do końca dopracowany, a samochód zbyt drogi i nie trafiający w gusta klientów stylistyką. Teraz w nieco tylko większym samochodzie Ford użył metody „kombinowanej”. Przednie drzwi są (na pozór) standardowe, a tylne drzwi są przesuwne. Całość w dodatku jest zapakowana w całkiem atrakcyjne opakowanie.

Ford B-Max reprezentuje klasę B MPV i trzeba przyznać, że swoim rozwiązaniem przynosi jej nowe tchnienie. Co ciekawe, wrażenia stylistyczne są podzielone wśród testujących. Nie tyle w temacie prezencji samochodu, bo tu zgodnie przyznajemy, że auto jest atrakcyjne, ale w kwestii jego kubatury. Część z nas twierdzi, że samochód wydaje się gabarytowo duży, a zaskakuje, gdy poznajemy jego faktyczną długość – 4077 mm. W opozycji są ci, którzy w pierwszym wrażeniu uznają, że auto wygląda na mniejsze, zgrabniejsze i ciekawsze niż w reklamach. Ja należę do tego drugiego frontu, przy czym ostatecznie chyba musimy przyznać, że to wrażenie zależy… od koloru samochodu.


Na pierwszym zdjęciu znajduje się ciekawy, zmniejszający optycznie B-Maxa niebieski „Nautical Blue”, a na drugim, dodający mu powagi, która należy się vanowi, brązowy „Burnished Glow”.

Tak czy inaczej, niezależnie od osobistego wrażenia, wyrażona w milimetrach długość jednoznacznie pokazuje, że B-Max jest tylko nieznacznie dłuższy od modeli klasy B (np. tylko o 1,2 cm od Fiata Punto). Więcej natomiast przerósł spokrewnioną Fiestę – o 12,7 cm wzdłuż i o 12,3 cm do góry. Jest jednak tylko nieznacznie od niej szersze (o 2,9 cm). Przód samochodu wyznacza kierunek nowej stylistyki Forda, która pojawiła się także w zmodernizowanej Fiescie, a wkrótce będziemy ją oceniać w nowym Fordzie Mondeo. Otwór przedniego wlotu powietrza jest obecnie umieszczony wyżej i stanowi także charakterystyczną atrapę chłodnicy. Tył upodobniono do większych vanów Forda, a światła wtapiają się w szynę przesuwnych drzwi, która sięga krawędzi ich powierzchni bocznej.

Gdy pociągniemy za klamkę przednich drzwi, poczujemy pierwszy raz, czym różni się B-Max od pozostałych konkurentów. Drzwi są wyraźnie cięższe niż w innych samochodach tej klasy. Schowano bowiem w ich wnętrzu wzmocnienie, które ma zapewniać pasażerom ochronę podczas zderzeń bocznych. B-Max uzyskał w testach zderzeń bocznych Euro NCAP – notę dobrą przy zderzeniu bocznym z samochodem i średnią w przypadku zderzenia z słupem (co i tak jest wynikiem lepszym od uzyskanego przez konkurencyjnego vana z równie wymyślnymi drzwiami). Wzmocnione zostały również dach i progi, w których miejsce znalazły elementy ryglujące.

Pełnię unikatowości ujrzymy, gdy otwarte są zarówno drzwi przednie jak i tylne. Przestrzeń uzyskana przez usunięcie środkowego słupka kusi do przemyślenia, jak można ją wykorzystać. Sposób przedstawiony w reklamie jest zapewne trafiony jedynie dla kaskaderów, albo grafików komputerowych. Ford mówi, że możemy w tym samochodzie przewieźć elementy o długości do 2,35 metra. Wielki otwór pozwoli na włożenie długiego przedmiotu bezpośrednio przez kabinę pasażerską bez wyczerpującego manewrowania. Jeśli odsuniemy przedni fotel mocno do tyłu, wyślizgniemy się także z przedniego miejsca uchylając minimalnie drzwi. Możemy zrobić tak awaryjnie, kiedy ktoś zaparkuje zbyt blisko nas (oczywiście jeśli jesteśmy w miarę szczupli). Tylne przesuwne drzwi, powinny być obowiązkowe dla wszystkich tych, którzy mają problem z usadowieniem swojego dziecka w foteliku bez obijania samochodu parkującemu obok sąsiadowi. Muszę przyznać, że pomysł Forda jest nawet bardziej użyteczny od otwieranych do tyłu drzwi Opla Merivy. Choć te też znacząco pomogły mi wyjście z samochodu przy niewielkiej ilości miejsca obok, to jednak Ford ułatwił to zadanie jeszcze bardziej.

Czas, aby ten test „wszedł” do wnętrza B-Maxa. Tu Ford podąża koncepcją znaną już m.in. z Fiesty i Focusa – stylistyka jest bardzo podobna. Jeśli chodzi o materiały, jakość wykończenia jest bliższa klasie kompaktów, aniżeli autom miejskim. Górna część deski rozdzielczej jest wykonana z miękkich tworzyw. Jej środkowa część, w której odnajdziemy zestaw audio, w wersji Titanium jest wykończona lakierem piano. W tańszych wersjach ten element jest w kolorze szarym matowym. Pod centralnym daszkiem w zależności od konfiguracji otrzymamy monochromatyczny wyświetlacz (podstawowy lub wielofunkcyjny), albo kolorowy ekran LCD (z opcjonalnym systemem audio Sony). W ostatnim przypadku będzie wyświetlany na nim także obraz z kamery cofania. Obsługa funkcji nie sprawia problemu, jednak początkowo z pewnym zakłopotaniem możemy szukać przycisków funkcyjnych, do których opisy znajdują się na wyświetlaczu. Przyciski są umieszczone dużo niżej, pod radiem. Ostatecznie takie ustawienie, już po ich odnalezieniu, okazuje się bardzo wygodne. Prędkościomierz i obrotomierz jest umieszczony w masywnych tubach o nieregularnych kształtach. Cyferblaty są bardziej stonowane w swoim designie, ale przy tym całkiem dobrze czytelne. Pomiędzy nimi znajdują się wskazania komputera pokładowego.

Wyposażenie Forda B-Max dostępne jest w jednej z czterech linii wyposażeniowych, które można rozbudować o pojedyncze opcje lub pakiety. Za 58900 zł otrzymamy m.in. 6 poduszek powietrznych (w tym kurtyny łącznie z poduszką kolanową), układ monitorowania ciśnienia w oponach, elektrycznie sterowane lusterka i otwierane szyby przednie, zestaw audio z sześcioma głośnikami z gniazdem USB i AUX. Za klimatyzację będziemy zmuszeni dodatkowo dopłacić 4500 zł, co właściwie wyklucza opłacalność zakupu podstawowej wersji Ambientne. Wersja Trend za 63400 zł posiada bowiem klimatyzację, a oprócz tego także światła przeciwmgielne, komputer pokładowy, lusterka boczne w kolorze nadwozia, wszystkie szyby otwierane elektrycznie, kierownicę z wykończeniem skórzanym, czy dodatkowy schowek na okulary. Funkcjami B-Maxa przypisanymi mu począwszy od podstawowej wersji są składany na płasko prawy fotel przedni tylna kanapa dzielona oraz podwójna podłoga bagażnika, którą możemy ustawić na jednej z trzech wysokości. Ma to podkreślić możliwości przewozowe małego Forda. Sam bagażnik oferuje nam pojemność 326 litrów, gdy jest wyposażony w zestaw naprawczy, przy czym zaletą jest niska krawędź załadunku – 65 cm od ziemi. Główna komora bagażnika nie jest bardzo wysoka (41 cm), ale wkładany bagaż jest umieszczany na wysokości progu bagażnika. Dodatkowe 20 cm zyskamy obniżając ruchomą podłogę.

B-Max dzięki swoim wymiarom jest bardzo zwinny w miejskim ruchu. Test przeprowadziliśmy samochodem z podstawowym silnikiem 1.4 o mocy 90 KM, który właściwie sprawdzi się tylko w mieście. Sprint do setki zgodnie z danymi technicznymi wynosi 13,8 sekundy. Odczucia podczas startu ze skrzyżowania nie są najgorsze. Właściwie nazwałbym jego przyśpieszenie przyzwoitym. Zresztą przeszukując ofertę B-Maxa zauważymy, że nawet turbodoładowane jednostki Eco Boost nie poprawiają osiągów w tej kategorii zbyt mocno. Jednak prawdziwa przepaść pojawia się, kiedy chcemy wyprzedzić inny samochód na trasie. Aby wykrzesać nieco dynamiki, musimy mocno wcisnąć pedał przyśpieszenia. W okolicach 3500 obr/min silnik daje znać, że próbuje nam pomóc, jednak okupimy to zwiększonym zużyciem paliwa, które przekroczy 7 l/100 km. Reasumując, jeśli B-Max będzie służył nam jedynie w mieście, do wożenia dzieci do żłobka, przedszkola i szkoły, a poza miasto będziemy wybierać się sporadycznie, możemy ewentualnie rozważyć podstawową wersję silnikową. Natomiast, gdy zamierzamy wykorzystać auto z wielkim otworem do przemieszczania się w trasie z czwórką dorosłych znajomych, warto przeliczyć zasadność zakupu dodatkowych koni mechanicznych. Różnica w cenie pomiędzy silnikiem 1.4 90 KM, a 1.0 Eco Boost o mocy 100 KM wynosi 1100 zł.

Jeśli mówiłem o potrzebie wykorzystania wyższych obrotów podczas wyprzedzania i związanej z tym redukcji biegu, muszę przy okazji pochwalić działanie skrzyni biegów. Poszczególne przełożenia wchodzą „twardo” i bardzo pewnie. Jej działanie to zdecydowany atut B-Maxa. Praca układu kierowniczego jest w zasadzie również poprawna. Wspomaganie zmniejsza zdecydowanie swą agresywność wraz ze wzrostem prędkości. Kierownica pewnie leży w rękach, a umieszczone na niej funkcje tempomatu i radia obsługuje się intuicyjnie.

Test Forda B-Max ukazał naturę tego mikrovana. Jego zawieszenie jest sprężyste i należy raczej do sztywnych. Choć w szybkich zakrętach oraz na długich, podłużnych nierównościach będziemy mogli zaznać lekkich przechyłów, to nie należy się obawiać, że będą nas one trapić podczas codziennej jazdy. Jeśli ktoś oczekuje „przepływania” przez dziury, będzie musiał przyjrzeć się charakterystyce B-Maxa dokładniej, by sprawdzić czy oferowany przez Forda komfort będzie wystarczający.

Ford B-Max startuje z nowością dającą pstryczka Oplu Merivie, proponując rozwiązanie jeszcze wygodniejsze i bardziej uniwersalne, choć nieco droższe. Ford to propozycja bardzo rodzinna i powinien być doceniony szczególnie przez rodziców, którzy wzdrygają się na myśl usadzania swych dzieci w fotelikach na wąskich, miejskich parkingach. Po zakupie B-Maxa ryzyko obicia drzwi „sąsiadowi” podczas tej operacji spada bowiem do zera.

Za udostępnienie samochodu do testu dziękujemy Autoryzowanemu Dealerowi Ford Autoklimat Tychy

One thought on “Jazda testowa: Ford B-Max – dla rodziców z małymi dziećmi

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.